Robaczewski: Gdy wyeliminujemy nadprzyrodzoność z liturgii, przestanie ona być punktem odniesienia naszego życia

christianitas o papieżu

Czy dziś jesteśmy tak wyjałowieni, że jesteśmy w stanie wygenerować jedynie komisje i zespoły eksperckie? Być może tak. Położyliśmy ufność w zerwaniu z tym, co minione, w przekreśleniu „tego, co było”, jako bezwartościowych, nawet nie tyle zużytych, co nigdy naprawdę nieużytecznych narzędzi. Proszę popytać księży, tych z młodszych roczników zwłaszcza, jak wyglądają w seminariach wykłady z historii liturgiki. Jest ona, w dużym skrócie, podczas kursu seminaryjnego przedstawiana tak: Było wspaniałe środowisko Kościoła pierwszych wieków, potem wieki ciemne z coraz bardziej nabrzmiewająca liturgiczna chorobą, zakończoną słoniowacizną rubrycystyczną, która to wstretna choroba o mały włos nie doprowadziła do upadku Kościoła. Na szczęście została cudownie zażegnana dzięki balsamom i leczniczym aromatom wytworzonym na II Soborze Watykańskim a zwłaszcza przez reformę liturgii, którą ów Sobór zainicjował. Tak jest nie tylko w dziedzinie liturgii – zmiana dotyczy też wielu dziedzin doktryny i  duszpasterstwa Dokonywane analizy[1] tych zmian mówią o znaczącej, choć ukrytej horyzontalizacji przekazu chrześcijańskiego – w ramach aggiornamento Kościoła. Być może najpełniejszy wyraz znalazł ów proces horyznotalizacji w słynnych, do dziś spornych zdaniach Konstytucji Duszpasterskiej „Gaudium et Spes”: „Wedle niemal jednomyślnej opinii wierzących i niewierzących, wszystko, co jest na ziemi, winno być podporządkowane człowiekowi, jako swemu celowi i szczytowi”.[2]

Rzeczywiście, szereg działań duszpasterskich po II Soborze Watykańskim jest nakierowanych antropocentrycznie. Bóg zostaje usunięty z centrum, przestaje być „celem i szczytem’; celem i szczytem, jak chce soborowa konstytucja, staje się człowiek. Dla człowieka przygotowana jest liturgia, to on jest punktem odniesienia w czasem subtelnych, ale jednak wyraźnych przesunięciach w znaczeniu celów: małżeństwa, życia zakonnego, kapłaństwa, wychowania i nauczania, polityki i wielu innych dziedzin.

W samej liturgii już choćby zmiana języka jest wyrazem antropocentryzmu – liczy się człowiek z jego dążeniem do rozumienia, do ogarnięcia rozumem nawet tego Misterium, które przecież nieskończenie nas przekracza, wobec którego możemy tylko w milczeniu klęczeć i które jest niepojmowalne: że Bóg stał się Człowiekiem i umarł na Krzyżu dla naszego zbawienia, i zmartwychwstał, jako Pierwszy z umarłych, by każdy miał otwartą drogę do Nieba. Próba przebicia, uchwycenia tej Tajemnicy ma swe źródło w mniemaniu, że intelektualne uchwycenie formuł modlitewnych stoi wyżej niż pokorne wznoszenie duszy ku Bogu, którego nie sposób pojąc i ogarnąć.

Zreformowana liturgia jest dziełem już nie tylko kapłana, ale wspólnoty wiernych, która na równi z kapłanem składa Ofiarę. W takim stanie rzeczy to wspólnota zaczyna odciskać piętno na liturgii – piętno swojej mentalności, uczuć, wrażliwości, zwyczajów przenoszonych spoza Kościoła, z różnych obszarów świeckości. Już wiadomo, co jest konsekwencją splotu tych dwóch tylko czynników – zmiany języka na „zrozumiały” i postawienie „na równi” z kapłanem wspólnoty. Znika obiektywizm, niezmienność, transcendencja liturgii. Szczytowe miejsce, w którym Niebo styka się z ziemią, a ziemia sięga Nieba nagle staje się zespołem czynności, słów, gestów, znaków, gdzie na pierwszym miejscu są one same, i ci, którzy je wykonują, a nie rzeczywistość, czy raczej Rzeczywistość, której mają służyć i której mają być podporządkowane.

Oddajmy głos Józefowi kard. Ratzingerowi: „Ubolewania godny wydaje mi się fakt, że w nowym rytuale [Chrztu św]zamiast tej głębokiej odpowiedzi (kandydat mówi, że pragnie od Kościoła wiary i życia wiecznego, jako jej daru) znalazła się inna, banalna odpowiedź (kandydat mówi, że pragnie chrztu) (...) Z dialogu chrzcielnego znikł moment transcendencji, a jako cel całej czynności pozostał tylko empiryczny akt udzielenia chrztu. W poprzedniej odpowiedzi była cała głębia wydarzenia, jego tajemniczy paradoks.”

 

Transcendencja, jako punkt odniesienia, a także jako cel, zniknęła z naszych poczynań liturgicznych i aktów religijnych, zniknęła też, siłą rzeczy, z codziennego życia. Liturgia, choć z teoretycznym dowartościowaniem wspólnoty, ma zagwarantować przede wszystkim indywidualność przeżycia – nie jest już obiektywnym aktem Bożej obecności. Stąd mnożenie i modlitw mszalnych, wyrażających poglądy jakiegoś kościelnego nurtu, ale też pojawienie się mniej lub bardziej wyraźnych aberracji, które mają swe źródło w konieczności dostosowania praktyki liturgicznej do potrzeb lub „charyzmatu” tworzącej liturgię wspólnoty. W czasie przeprowadzania reformy uchylono nie te drzwi, które uchylić należało, i wciąż wdziera się przez nie niezdrowy nurt, nurt zerwania, a nie ciągłości. W rezultacie w społeczeństwach Zachodu zupełnie niezrozumiały stał się obowiązek, jaki ma stworzenie wobec Stwórcy – oddawanie czci Panu Bogu –  któremu zadość czyniła dawna liturgia. Niezrozumiała jest konieczność instytucji Kościoła do osiągania zbawczych łask, czy nadprzyrodzoność liturgii i jej niezbędność w uświęcaniu naszej codzienności jej oddziaływania w życiu. Po co? horyzontalny Kościół nic nie wnosi, poza kodeksem zakazów moralnych. Stąd niezrozumienie dla chrześcijańskich wymogów moralnych, czyli takich „drobiazgów” jak czystość przedmałżeńska, istotowe zło antykoncepcji lub to, że codzienne życie jest realną walką o kształt naszej wieczności i domaga się specjalnych środków: ascezy, postu, pokuty, ofiarnej modlitwy, jałmużny. Te rzeczywistości, wymogi są rzeczywiście niezrozumiałe bez odniesienia do nadprzyrodzoności. Wymaganie od małżonków, którzy nie widzą nadprzyrodzonego sensu aktu małżeńskiego, otwartości na życie w każdej sytuacji, to domaganie się pogańskiego heroizmu. Próżny trud w tym hedonistycznym świecie. Oskarżenia wobec Kościoła o moralizowanie są zasadne i będą dopóty, dopóki nie wskaże się na nowo miejsca, w którym człowiek może w źródłowy sposób odnosić swe zycie do nadprzyrodzoności, miejsca, które nie jest z tego świata, a w którym uobecnia się z mocą, realnie i niezastępowalnie Bóg żywy, Syn składający Ofiarę za grzeszników – czyli liturgii, zwłaszcza Mszy św. Tu jest potężne pole do pracy, by ukazać liturgię jako źródło i szczyt chrześcijańskiego życia. Czy antropocentryczna liturgia, powstała po II Soborze Watykańskim może wypełnić to zadanie? Warto wskazać w związku z tym na kolejną konieczność: odkrycia, którego Kościół, w swej instytucjonalnej postaci musi dokonać: waga gestu Ojca św. przywracającego powszechność prawa odprawiania „starej” Mszy.

Tekst jest fragmentem artykułu, który ukazał się w 52 numerze Christianitas. Pismo jest do nabycia tutaj.

 



[1] W języku polskim fundamentalną praca o tych zmianach pozostaje Iota Unum  autorstwa Romano Amerio. Warszawa – Komorów 2009.

[2] Gaudium et spes, art. 12

Msza po dawnemu...

Tradycja zanegowana

Dekalog

Mszalik

Mity i prawda

Zamów Nova et Vetera

Nasze rekolekcje

rekolekcje

Libri Selecti

Libri Selecti

Summa liturgiae

O nas

Czas na przywrócić prawdziwego ducha łacińskiej cywilizacji i polskości! Koniec bierności, czas zatrzymać i odeprzeć wrogów Kościoła, cywilizacji i polskości! Czas się podnieść i wyjść odważnie naprzeciw wrogom…
Czytaj dalej >>>

Potrzebujemy pomocy



Newsletter

Po zapisaniu się do Newslettera otrzymasz od nas 3 prezenty:
1) 15 tekstów liturgicznych, modlitw i pieśni (łac. i pol.)
2) encyklikę Piusa X "Pascendi dominici gregis"
3) encyklikę Benedykta XVI "Deus caritas est".

Czytelnia

Wyszukaj na stronie

Newsletter

To co najważniejsze prześlemy na Twój e-mail!