Maryja uczestniczy w Męce Chrystusa

Matka Bolesna

"Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami! I Ty, któraś współcierpiała, Matko Bolesna, przyczyń się za nami!"


Rozważając w tych dniach Mękę Jezusa Chrystusa, towarzysząc Mu duchowo i uczuciowo, od Ogrójca aż na Golgotę, wiemy, że tę drogę przeszła też Maryja, że Ona pierwsza jednoczyła się ze Swym Synem w zbawczym dziele, którego dokonywał. Czy cierpienia Boskiego Zbawiciela były w jakiś sposób Jej udziałem?

Przedstawiamy krótką analizę autorstwa o. Józefa M. Bocheńskiego OP, która może nam pomóc w rozważaniu Misterium Męki i Śmierci.

 

Według niezmiennej tradycji Kościoła, boleść Najświętszej Panny na Kalwarii była większa od wszystkich boleści ludzkich. Wystarczy choć trochę się zastanowić, aby się przekonać, że nie mogło być inaczej. Decydują tutaj dwa powody, albo raczej dwie strony tego samego faktu: świadomość męki Jej Syna.

1. Przedmiotowo boleść Bogarodzicy była niezmiernie wielka. Cierpienie psychiczne jest przedmiotowo tym większe, im większa jest sprzeczność między przedmiotem woli a spostrzeżonym faktem. Otóż trudno sobie wyobrazić sprzeczność większą niż ta, która istniała w duszy Najświętszej Panny na Kalwarii. Matka Boża kochała swego Syna całym napięciem swej potężnej i szlachetnej woli jako Boga, którego znała lepiej i głębiej od największych teologów. Czym musiała być ta wiedza, nie możemy mieć wyobrażenia nawet w przybliżeniu.

Dla ilustracji warto jednak przytoczyć fakt: na przykład -przerwanie pisania „Summy teologicznej" przez św. Tomasza. „Summa" św. Tomasza jest – jak wiadomo – dziełem, jakiego drugiego nie ma w teologii, i daje najgłębsze poznanie Boga, jakie rozumowo jest możliwe. Teolog, który „Summę" studiuje serio, im bardziej ją poznaje, z tym większą oczywistością widzi swoją nicość wobec tytanicznego umysłu i głębi mistrza z Akwinu. Otóż ten mistrz pewnego razu powiedział swojemu towarzyszowi, że więcej pisać nie może, bo Bóg mu pokazał rzeczy, wobec których cała „Summa" wydaje się mu niczym. Czymże musiała być wobec tego wiedza Najświętszej Panny, wobec której św. Tomasz jest tylko nic nie znaczącym pyłkiem? Jak wspaniale i głęboko musiała ujmować wielkość Boga w tej chwili właśnie, kiedy zniżał się aż do męki krzyżowej za obrażających go ludzi. Jaki poryw miłości i uwielbienia musiała ta wiedza wywołać w duszy tak wspaniale wyposażonej, tak prawej, i tak potężnej, jaką staraliśmy się opisać powyżej.


Tego oczywiście żadne ludzkie słowa nie potrafią wyrazić. Ale to, cośmy powiedzieli, powinno wystarczyć dla zrozumienia, że kontrast między tym uczuciem miłości i uwielbienia dla osoby Boga, który był Jej Synem, a tym, co miała przed oczyma na Kalwarii, musiał być niezmierny.

Wiemy, że męka Chrystusa Pana była największą, z tych, o których można pomyśleć. Św. Tomasz, zwykle tak suchy i naukowy, zostawił nam na ten temat rozdział, który przejąć może każdego, kto go zrozumie. Na Kalwarii odbywała się tragedia, z której sobie tylko słabo zdajemy sprawę: nad Bogiem, a więc uosobieniem – dosłownie – wszelkiej szlachetności, dobroci, godności i w ogóle wszystkich wartości, pastwiły się moralnie i fizycznie, z wyrafinowanym chamstwem, brutalne ręce i dusze oprawców, a równocześnie wisiała nad nim straszliwa groza grzechów całego świata w czasie i przestrzeni: tego ponawianego chamstwa wszystkich nas, którzy moralnie poniewieramy nadal na każdym kroku Krew i Mękę naszego Boga i Zbawiciela. Nie wchodzimy tutaj w to, czy Najświętsza Panna na równi z Chrystusem Panem przewidywała również te przyszłe zbrodnie, choć zdaje się dość prawdopodobne. Ale w każdym razie dzięki znajomości Swojego Syna doskonale wczuwała się w Jego cierpienia.


2. Omówiliśmy pokrótce cierpienia ze stanowiska przedmiotu, tj. obrazów, które Najświętsza Panna miała na Kalwarii. Aby jednak w pełni zrozumieć wielkość tego cierpienia, wypada także zwrócić uwagę na jego stronę podmiotową, tj. na działanie, które te wyobrażenia wywierały na duszę Bogarodzicy.


To działanie musiało być znacznie większe niż w każdym innym człowieku, a to z powodów wyłuszczonych powyżej. W duszy cierpiącej Matki istniała przede wszystkim bystrość zmysłów, która aż do najdrobniejszych szczegółów rejestrowała przebieg męki; bogactwo wyobrażeń kojarzących się natychmiast z niezmierną siłą około każdego z tych szczegółów: potężne uczucia rodzące się z tak powstałych kompleksów; wreszcie energia psychiczna, która pozwalała na skupienie wielkiej ilości elementów w polu świadomości, i wytrzymałość fizyczna, sprawiająca, że Najświętsza Panna cierpiała z pełną świadomością. Jest rzeczą bardzo prawdopodobną, że ta wytrzymałość sama nie starczyłaby na zachowanie przytomności; że wchodziła w grę specjalna pomoc Boża, podtrzymująca siły Bogarodzicy, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że wiedza, będąca podstawowym powodem cierpienia, była po części również nadprzyrodzona.


Wynikiem tych czynników przedmiotowych i podmiotowych musiał być jakiś potworny skurcz boleści, o którym nawet w przybliżeniu nie mamy wyobrażenia. Wystarczy widzieć zwykłą matkę przy śmierci dziecka, aby sobie zdać sprawę nie z wielkości cierpienia Najświętszej Panny, ale przynajmniej z tego, że ocenić tej wielkości nie możemy.

O. Józef. M. Bocheński, Kazania i przemówienia, Wydawnictwo Salwator, Kraków 2000, s. 57-59.



Za: pch24.pl

Msza po dawnemu...

Tradycja zanegowana

Dekalog

Mszalik

Mity i prawda

Zamów Nova et Vetera

Nasze rekolekcje

rekolekcje

Libri Selecti

Libri Selecti

Summa liturgiae

O nas

Czas na przywrócić prawdziwego ducha łacińskiej cywilizacji i polskości! Koniec bierności, czas zatrzymać i odeprzeć wrogów Kościoła, cywilizacji i polskości! Czas się podnieść i wyjść odważnie naprzeciw wrogom…
Czytaj dalej >>>

Potrzebujemy pomocy



Newsletter

Po zapisaniu się do Newslettera otrzymasz od nas 3 prezenty:
1) 15 tekstów liturgicznych, modlitw i pieśni (łac. i pol.)
2) encyklikę Piusa X "Pascendi dominici gregis"
3) encyklikę Benedykta XVI "Deus caritas est".

Czytelnia

Wyszukaj na stronie

Newsletter

To co najważniejsze prześlemy na Twój e-mail!