Jędryka: Dlaczego chodzę na Mszę trydencką?

Msza trydencka

Podjęcie tego tematu w takiej formie, może się wydawać dziwne. Napisano przecież o tym wiele książek i artykułów, wygłoszono setki jeśli nie tysiące wykładów, ba, nagrano nawet wiele filmów! Cały internet pełen jest argumentacji na różnym poziomie, zdawać by się więc mogło, że wszystko już w tej dziedzinie powiedziano i trudno dodać coś nowego.

Zabrałem się jednak za napisanie tego tekstu najpierw dlatego, że gdy mam komuś zupełnie niezorientowanemu w temacie udzielić krótkiej a mądrej odpowiedzi, dlaczego miałby właściwie pójść na „tridentinę”, zawsze staję przed nie lada kłopotem.

Po wtóre, trzeba samemu sobie spróbować dać odpowiedź. Bowiem w rzeczach naprawdę w życiu istotnych - a to jest taka sprawa – każdy musi znaleźć odpowiedź własną, sięgającą najgłębszych komnat własnej duszy. Bo z jednej strony rację miał Platon, który pisał: „O tym, na czym naprawdę mi zależy (...) nie ma i nie będzie żadnego mego pisma, bo nie jest to racjonalne, jak matematyka, i nie daje się ująć w słowa. Ale gdy długo zmagałeś się z rzeczą, nagle zapala się w duszy jakby światło. Kto nie jest wewnętrznie zrośnięty i spokrewniony z tym, co moralne i piękne, ten (...) nigdy nie pozna prawdy o dobru i złu”. Tak by można też rzec nie tylko o dobru i złu, ale i o Mszy świętej, która przecież ma być „fons et culmen” – źródłem i szczytem naszego życia duchowego. Z drugiej jednak strony wszystko o czym dyskutujemy i piszemy jakoś obraca i zacieśnia w ciągu naszego życia wokół tego „na czym naprawdę nam zależy”. A przynajmniej powinno się zacieśniać i niespokojne jest serce człowieka który owego światła w duszy jeszcze nie znalazł. Tym bardziej, że w dwutysiącletniej tradycji Kościoła, nauczaniu wielkich świętych wszystkich epok znajdziemy punkty odniesienia dla naszej sprawy tak liczne, że życia nie starczy, żeby je wszystkie przemyśleć.

Moją własną odpowiedź zacznę więc od racjonalnej strony. Liturgia bowiem wyraża zawsze – zgodnie z zasadą lex orandi lex credendi – pewną teologię. Przyjrzyjmy się w podstawowych zarysach teologii, w której zakorzeniona jest liturgia tradycyjnej Mszy.

Centralny punkt tej teologii zdaje się zawierać w słowach świętego Pawła zawartych w liście do Galatów: „Chrystus, który mię umiłował, wydał samego siebie za mnie” (por. Ga 2,20). Ofiara Jezusa Chrystusa na przebłaganie Ojca za nasze grzechy (która jest też ofiarą chwały, dziękczynienia i wypraszającą łaski) to zasadniczy powód, treść, a zarazem akcja Mszy Świętej. W niej bowiem nie dokonuje się nasze działanie. Jest to działanie Boga samego, w ręku którego kapłan jest jedynie narzędziem. Temu służyć ma cały ryt Mszy, każde słowo i gest ma wskazywać na moc Tego, Który naprawdę tu działa. Zrozumienie, że Msza nie jest nasza, ale jest Jego własnością, jest pierwszym krokiem, który wprowadza nas w Tajemnicę. Nie jest więc tak, jak nam się często zdaje, że gdy wchodzimy do świątyni, idziemy tam przedstawić Panu Bogu naszą modlitwę, prośbę, dziękczynienie, czy przebłaganie. To wszystko wprawdzie może się stać, ale nie to jest istotą tego wydarzenia. Bowiem tu działa sam Bóg, który - powtórzmy - przyjmuje tu i teraz jedyną Ofiarę, którą Mu składa z samego siebie Jego Syn. Msza jest więc cudem nieustannie dokonywanym, cudem prawdziwym, który przenosi nas w czasie i przestrzeni, choć tylko duchowo, ale prawdziwie, pod Krzyż Kalwarii i stawia obok Maryi i świętego Jana. Więcej jeszcze, Msza święta jest cudem również dlatego, że Bóg choć dokonuje tego mocą Ducha Świętego całkowicie z własnej inicjatywy, jednocześnie zechciał posłużyć się człowiekiem - kapłanem, którego słowa i gesty są niezbędne do zaistnienia cudu. Toteż czytamy w jednej z kolekt niedzielnych: „Ilekroć celebrujemy pamiątkę tej Ofiary, spełnia się dzieło naszego odkupienia".

Wspaniałym przewodnikiem po teologii Mszy św. jest Św. Tomasz z Akwinu. Jego wskazówki będziemy będę też dalej w tym tekście przede wszystkim brał pod uwagę. On pisząc o Mszy św. jako o Ofierze Chrystusa tak to przedstawił:„Podobnie jak celebra omawianego sakramentu uzmysławia Mękę Chrystusa Pana, tak ołtarz przedstawia Jego krzyż, miejsce ofiarowania Chrystusa w Jego własnej postaci. Przytoczony argument odnosi się także do kapłana. Pełniąc funkcję przedstawiciela Chrystusa, w Jego imieniu - jak wiadomo - i Jego mocą wygłasza słowa mające na celu konsekrację, poniekąd więc utożsamia się ze złożoną Ofiarą”.

Teraz zobaczmy, idąc za św. Tomaszem z Akwinu, jak ta teologia jest wyrażona w gestach i słowach tradycyjnej Mszy świętej. Warto tu zatrzymać się na chwilę nad słowami Doktora Anielskiego, że – powtórzmy – „celebra omawianego sakramentu uzmysławia Mękę Chrystusa Pana”. Tak jest w starej Mszy rzeczywiście. Obrzęd jest pełen symboli, a wszystkie one zmierzają do wprowadzenia nas w tajemnicę Najświętszej Ofiary.

Pięciokrotne zwracanie się kapłana twarzą do ludu ma oznaczać, że Pan w dniu swego Zmartwychwstania, pięciokrotnie się ukazał (a więc nie jest prawdą, jak to się czasem zarzuca, że dawna liturgia nie wspomina Zmartwychwstania, a tylko Mękę Chrystusa). Pozdrowienie do ludu kieruje celebrans siedmiokrotnie (dwa razy czyni to bez odwracania się, kiedy przed prefacją wygłasza słowa: „Pan z wami” oraz później, kiedy mówi: „Pokój Pański niech zawsze będzie z wami”). Ma to oznaczać siedmiorako ukształtowaną łaskę Ducha Świętego.

Kto dokładnie obserwuje kapłana celebrującego Najświętszą Ofiarę w starszej formie, zauważa wiele gestów celebransa – wyciąganie rąk, wznoszenie ramion czy unoszenie wzroku ku górze. Bardzo często wysuwane jest zastrzeżenie, że jest to niepotrzebne, a nawet śmieszne. Zastrzeżenie to musiało być powtarzane też w średniowieczu, skoro św. Tomasz z Akwinu z pasją odpiera je jako niesłuszne. Najpierw zgodnie ze swoim zwyczajem streszcza argumenty swoich polemistów „W sakramencie Kościoła nie powinno się robić niczego, co mogłoby się wydawać śmieszne. Śmiesznym zaś wydaje się gestykulujący kapłan, kiedy od czasu do czasu wyciąga ramiona, składa dłonie, łączy palce, sam się pochyla. Więc nie powinien on wykonywać tych ruchów w omawianym sakramencie”. Następnie wyjaśnia: „Ruchy kapłana w czasie odprawiania Mszy św. nie są komiczną gestykulacją. Ich funkcja - to przedstawienie jakiejś rzeczywistości. Po konsekracji kapłan rozpościera ramiona na znak rozpostartych ramion Chrystusa na krzyżu. Modląc się wznosi ręce do góry, dla zaznaczenia że modlitwę odmawianą za lud kieruje ku Bogu. Harmonizuje to ze słowami Biblii: «Wraz z dłońmi wznieśmy i serca do Boga w niebiosach». A w Księdze Wyjścia czytamy: «Gdy Mojżesz ręce podnosił, przemagał Izrael». To zaś, że niekiedy składa dłonie i pochyla się w kornej błagalnej modlitwie, oznacza pokorę i posłuszeństwo Chrystusa Pana, motyw Jego Męki. A że po konsekracji łączy palce, którymi dotykał konsekrowanego Ciała Chrystusa, mianowicie łączy kciuk z palcem wskazującym, ma to zapobiec gubieniu cząstek, które przylegają do palców i wiąże się ze czcią dla Sakramentu”.

Ale to co najpiękniejsze i najbardziej niezwykłe w tej symbolice, to znaki krzyża. Zwane są też benedykcjami, kapłan czyniąc ten znak jednocześnie sprowadza błogosławieństwo. Nie możemy omówić tu ich wszystkich, bo jest ich tyle, że artykuł ten rozrósłby się do niemożliwych rozmiarów. Każdy jednak ma głębokie znaczenie symboliczne, wiele z nich wykonywanych jest kilkakrotnie, a liczba powtórzeń też wyraża wtedy tajemnice wiary. I tak na przykład, aby uzmysłowić pięć ran Chrystusa, wykonuje się znak krzyża powtórzony pięciokrotnie, przy wygłoszeniu w kanonie słów: „Ofiarę czystą, ofiarę świętą, ofiarę niepokalaną, Chleb święty żywota wiecznego i Kielich wiekuistego zbawienia”. Z kolei - podkreślmy to raz jeszcze - dla upamiętnienia zmartwychwstania trzeciego dnia wykonuje się znak krzyża trzykrotnie przy słowach: „Pokój Pański niech zawsze będzie z wami”. Można powiedzieć w sposób zwięzły, że Msza św. oraz jej owocność płynie z mocy Chrystusowego krzyża. Toteż przy każdej wzmiance o jednej z tajemnic męki i śmierci Zbawiciela kapłan wykonuje znak krzyża.

Podobnie jak gesty, w świat tajemnic Bożych wprowadzają nas słowa, ale zanim o nich powiemy trzeba kilka słów poświęcić zagadnieniu, które chyba najwięcej sprawia problemów współczesnym katolikom w stosunku do Mszy tradycyjnej. Chodzi oczywiście o łacinę. Jako pierwszy argument za jej stosowaniem należy tu przywołać zwięzłe zdanie Piusa XII z encykliki Mediator Dei: „Posługiwanie się językiem łacińskim, którego używa wielka część Kościoła, jest widocznym i pięknym znakiem jedności, oraz skutecznym lekarstwem przeciw jakimkolwiek skażeniom autentycznej nauki”. Jeśli jednak ten argument kogoś nie przekonał, proponuję rozważenie następującej historii.

Ks. Aleksander Fedorowicz (który skądinąd służyć może za przykład prekursora reform, bo był entuzjastą odwrócenia ołtarza jeszcze w latach przedsoborowych) wspominał: „Zapytałem przy wspólnym brewiarzu ks. Władysława Korniłowicza, doskonałego liturgistę, dlaczego odmawiamy psalmy według nie zawsze zrozumiałego tłumaczenia św. Hieronima, skoro mamy dziś o wiele lepsze tłumaczenia z języka hebrajskiego na łacinę. «No wiesz – odpowiedział mi ojciec Korniłowicz – sprawa nie jest tak prosta, jak się zdaje. Kościół używa tego tekstu już półtora tysiąca lat». I rzeczywiście. Tymi słowami modlili się: św. Benedykt, Tomasz z Akwinu, Franciszek ze swoimi bosymi braćmi, Ignacy Loyola żołnierz-zakonnik i wszyscy inni. Cały Kościół (łaciński przez 15 wieków), papieże, biskupi, księża, zakony, ludzie świeccy. Sprawa nie była tak prosta...”

Całe to wspomnienie księdza Fedorowicza można przecież odnieść do stosowania łaciny w ogóle. W liturgii wcale nie jest najważniejsza racjonalność i dosłowna zrozumiałość tekstu. Kiedy wprowadzono Msze w języku ojczystym, trzeźwiejsi duszpasterze zauważali, że wcale nie doprowadziło to do lepszego zrozumienia Mszy jako całości. Bo przecież części stałe (Kyrie eleyson, Sanctus czy Agnus Dei) rozumiał także po łacinie każdy, kto skończył choćby szkołę podstawową i jakąkolwiek katechizację. A inne części? A przyznajmy uczciwie - jaki procent rozumie i potrafi powtórzyć dziś - wychodząc z kościoła po nowej Mszy - słowa kolekty - mimo, że jest po polsku? Tak więc łacina wyraża i jedność i tajemnicę. Ponadto Kościół - dla każdego katolika - jest Matką. A język Matki należy szanować, bronić go i uczyć się.

Teraz, kiedy już spróbowaliśmy pogodzić się z łaciną, możemy przejść do słów używanych we Mszy św. Otwiera ją znak krzyża po którym następuje tekst psalmu w obramowaniu antyfony, jakże dosłownie wyrażającej to co za chwilę się stanie: „Introibo ad altare Dei” - przystąpię do ołtarza Bożego. Zanim jeszcze celebrans i służba liturgiczna rozgości się w prezbiterium, u stopni ołtarza kapłan i usługujący wypowiadają wyznanie win czyli spowiedź powszechną. Druga część przygotowania łączy się z przypomnieniem ziemskiej nędzy, kiedy prosimy o miłosierdzie, powtarzając trzykrotne Kyrie eleison skierowane ku Osobie Ojca; trzykrotne Chryste eleison - ku Osobie Syna; i dodając trzykrotne Kyrie eleison - ku Osobie Ducha Świętego. Mamy tu na uwadze z jednej strony trojaką nędzę: ciemności, winy i kary; z drugiej zaś podkreślenie tego, że każda z Osób jest w dwóch pozostałych.

Trzecia część przygotowania – to uprzytomnienie sobie chwały niebios, do której zdążamy poprzez trudy ziemi. Śpiewamy rozpoczynając od słów: „Chwała na wysokości Bogu”, jeżeli celebracja przypada w dniu świątecznym, nasuwającym myśl o tej chwale; opuszcza się ten śpiew w czasie nabożeństwa nacechowanego smutkiem, które nawiązuje do pamięci o naszej nędzy (np. w czasie Mszy żałobnej lub w Wielkim Poście). Wreszcie czwarta część przygotowania zawiera w sobie modlitwę kapłana za lud, by stał się godny tak wielkich Tajemnic.

Sakrament Eucharystii, jak wiemy, jest tajemnicą wiary, zostaje więc poprzedzony przez nauczanie. Następują więc czytania. By dać wyraz wierze, po Ewangelii bywa odśpiewane Credo i przystępujemy do celebrowania Misterium. Błagalna modlitwa kapłana o przyjęcie przez Boga darów ludu.

Zanim kapłan przejdzie do konsekracji, która dokonuje się mocą nadprzyrodzoną, przez prefację potęguje pobożność uczestniczących. Stąd wezwanie do wzniesienia serc ku górze, do Pana. Po skończeniu prefacji lud wraz z aniołami głosi pobożnie chwałę bóstwa Chrystusa, mówiąc: Święty, święty, święty. Po tym śpiewie następuje charakterystyczna długa cisza. Cisza osłaniająca tajemnicę, znana jako „cisza kanonu”. Porównywana jest ona do zasłony, jaką w liturgii wschodniej tworzy ikonostas.

Czy cisza ta ma uzasadnienie teologiczne? Zajrzyjmy jeszcze raz do Sumy Teologicznej Doktora Anielskiego. Pisze on, że część modlitw kapłan odmawia głośno, mianowicie te, które dotyczą zarówno kapłana, jak i ludu. „Inne funkcje odnoszą się wyłącznie do kapłana, toteż modlitwy przy ofiarowaniu i konsekracji odmawia kapłan po cichu”. Te części „mają oznaczać to, że stykając się z Męką Chrystusa uczniowie Jego mogą Go wielbić tylko w skrytości” - tłumaczy św. Tomasz. Sam kanon natomiast, który w starszej formie rytu rzymskiego jest odmawiany zawsze, jest tak streszczony w simie teologicznej Tomasza: „Kapłan modląc się szeptem wspomina najpierw tych, za których się składa ofiarę, więc: Kościół powszechny, sprawujących władzę, a zwłaszcza tych, którzy składają tę ofiarę albo za których się ją składa. Po drugie - wspomina świętych błagając o ich wstawiennictwo, (Zjednoczeni w świętych obcowaniu ze czcią wspominamy...). Prośbę swoją kończy słowami: «Prosimy Cię przeto, Panie, abyś tę ofiarę sług Twoich i całej rodziny Twojej miłościwie przyjął, dni życia naszego w pokoju swym ustalił i zechciał od wiecznego potępienia nas wybawić i zaliczyć w poczet wybranych Twoich». Potem kapłan przystępuje do samej konsekracji. Przede wszystkim modli się o jej realizację a następnie dokonuje konsekracji słowami Zbawiciela. Dokonawszy rzeczy tak niezwykłej, jakby usprawiedliwia się ze swej śmiałości, tłumacząc ją posłuszeństwem:«Przeto i my słudzy Twoi, Panie, oraz lud Twój święty, wspominając tak błogosławioną Mękę, jak też i Zmartwychwstanie z otchłani i chwalebne Wniebowstąpienie tegoż Chrystusa, Syna Twojego, Pana naszego, ofiarujemy przedostojnemu Majestatowi Twojemu, z darów i dobrodziejstw Twoich, Hostię czystą, Hostię świetą, Hostię Niepokalaną, Chleb święty wiekuistego życia i Kielich zbawienia wiecznego». Potem prosi, aby złożoną ofiarę Bóg przyjął z upodobaniem, prosi też o skuteczność tej ofiary i sakramentu, przede wszystkim w odniesieniu do tych, którzy go przyjmują. Następuje też modlitwa za zmarłych. Wreszcie w odniesieniu do samych kapłanów – ofiarników, wypowiada słowa: «Nam również grzesznym sługom Twoim, którzy pokładamy nadzieję w mnóstwie litości Twojej, racz dać jakiś udział i obcowanie ze świętymi Twoimi Apostołami i Męczennikami» - i tu wymiona kolejne imiona świętych”

Stara Msza ma też inne od nowszej formy zakończenie. Sprzyja ono skupieniu modlitewnemu i dziękczynieniu po komunii św. Bierze się to ze średniowiecznego zwyczaju, kiedy to kapłani jako dziękczynienie po powrocie do zakrystii odczytywali fragment Ewangelii. Od XVI w. kapłan wykonuje to odczytanie przy ołtarzu, a ewangelią odczytywaną na zakończenie jest w Mszale z 1962 prolog ewangelii św. Jana. Jest też i inny – poza dziękczynieniem – powód, dla którego odczytanie ostatniej ewangelii jest zwyczajem wartym zachowania. Odczytanie ewangelii jest błogosławieństwem (każde czytanie ewangelii to sakramentale) i w ten sposób łączy się z błogosławieństwem końcowym i potwierdza je.

Na zakończenie kilka słów chciałbym dodać na temat zwrócenia się kapłana „twarzą do Pana Boga”, a zatem w kierunku wschodu i tabernakulum, a nie w kierunku ludu, jak to rozpowszechniło się w ostatnich dziesięcioleciach w nowszej formie. Piszę „rozpowszechniło się”, bo nowy Mszał w żadnym ze swoich dotychczasowych wydań NIE WYMAGA odprawiania Mszy św. „w stronę ludu”. Pokazywał to wiele razy słowem i przykładem Benedykt XVI, odprawiając Mszę św. w nowej formie ale „w stronę Wschodu” na przykład w Kaplicy Sykstyńskiej. To odprawianie „do ludu” należy uznać za modę, która – miejmy nadzieję – kiedyś przeminie jak wszystkie mody. Reformy posoborowe odwoływały się do starożytności. A w starożytności właśnie starano się modlić „ku Wschodowi”, ponieważ w obecności apostołów Pan Jezus wzniósł się do nieba na Wschód, a anioł powiedział im, że ze Wschodu Zbawiciel kiedyś powróci. W Ewangelii czytamy słowa odnoszące się do Chrystusa: „visitabit nos oriens ex alto” „nawiedzi nas z wysoka wschodzące Słońce” (Łk 1, 78). Z tych powodów dawne kościoły były „orientowane”, czyli zwrócone na wschód. Kardynał Józef Ratzinger, który później stał się papieżem Benedyktem XVI pisał na ten temat: „Skierowanie na Wschód oznacza (...), że kosmos i historia zbawienia wzajemnie do siebie przynależą. Kosmos włącza się w modlitwę, także on czeka na odkupienie. Właśnie ten kosmiczny wymiar jest zasadniczą cechą liturgii chrześcijańskiej. Liturgia nigdy nie dokonuje się jedynie w świecie wytworzonym przez człowieka. Jest zawsze liturgią kosmiczną - problematyka stworzenia należy do samego rdzenia modlitwy chrześcijańskiej. Modlitwa ta straci swą wielkość, jeśli zapomni o tym związku. Dlatego też wszędzie tam, gdzie to tylko jest możliwe, należy podejmować apostolską tradycję kierowania się na Wschód zarówno w budowie kościołów, jak i w realizowaniu liturgii”.

Starsza forma rytu rzymskiego ten kierunek wschodni zachowała jako obowiązkowy i bezwzględny. I – tak sobie tego Benedykt XVI życzył – może pod jej wpływem to zwrócenie ku Panu będzie powoli wracać do świadomości całego Kościoła.

Msza po dawnemu...

Tradycja zanegowana

Dekalog

Mszalik

Mity i prawda

Zamów Nova et Vetera

Nasze rekolekcje

rekolekcje

Libri Selecti

Libri Selecti

Summa liturgiae

O nas

Czas na przywrócić prawdziwego ducha łacińskiej cywilizacji i polskości! Koniec bierności, czas zatrzymać i odeprzeć wrogów Kościoła, cywilizacji i polskości! Czas się podnieść i wyjść odważnie naprzeciw wrogom…
Czytaj dalej >>>

Potrzebujemy pomocy



Newsletter

Po zapisaniu się do Newslettera otrzymasz od nas 3 prezenty:
1) 15 tekstów liturgicznych, modlitw i pieśni (łac. i pol.)
2) encyklikę Piusa X "Pascendi dominici gregis"
3) encyklikę Benedykta XVI "Deus caritas est".

Czytelnia

Wyszukaj na stronie

Newsletter

To co najważniejsze prześlemy na Twój e-mail!