Doniosłość i niezbędność kultu katolickiego współcześnie. Wykład x. Dra Dariusza Olewińskiego inaugurujący Akademię Tradycja i Przyszłość w Lublinie (cz. III)

Kult

I. Doniosłość

Łatwo jest dostrzec w tym miejscu związek sprawy tak niby czysto wewnątrzkościelnej jak liturgia z sytuacją i problemami współczesność na wszystkich szczeblach. Wskażę w tym miejscu ponownie na dwie kwestie: 1° prawa naturalnego, 2° stosunku Kościoła do innych religij. Dodać należy także 3° uniwersalność, wybitnie zawartą i ukształtowaną w katolicyźmie, oraz 4° duchowość w znaczeniu kontemplacyjności sensu largo. Po krótce wyjaśnię te aspekty.

1° Jak wskazałem, Kościół nie tylko zakłada i szanuje prawo naturalne, lecz obecnie jest praktycznie jedyną liczącą się instytucją, która go reprezentuje i broni. Dotyczy to oczywiście tylko prawdziwego katolicyzmu, gdyż modernizm miał zawsze problemy z prawem naturalnym, a to z tego powodu, że czerpie inspirację z protestantyzmu i jest jemu pokrewny. Nie jest przypadkiem, że rodziny tradycyjnie katolickie mają statystycznie więcej dzieci i są zasadniczo bardziej otwarte na potomstwo, nastawione bardziej rodzinnie.

Innym istotnym składnikiem prawa naturalnego jest poszanowanie własności, oczywiście przy zachowaniu zasady odpowiedzialności i miłości bliźniego. Co ma to wspólnego z liturgią?

Liturgia tradycyjna Kościoła wyróżnia się zarówno bogactwem i różnorodnością elementów i form, jak też porządkiem, dyscypliną i harmonią. Nie ma w niej elementów zbędnych, przypadkowych, nieznaczących. Jej sprawowanie wymaga staranności oraz wysiłku przynajmniej duchowego. Jest w niej dokładny podział zadań, przy zachowaniu odpowiedzialności za jego wykonanie. Ma to wielkie znaczenie zarówno w życiu rodzinnym, jak też społecznym. Liturgia wychowuje i kształtuje zarówno charakter, jak też intelekt, wolę, a także poczucie estetyki. Sprzyja także wrażliwości i staranności, które są właściwie formami i pochodnymi pobożności. Zarówno w domu jak też w kościele czy innym miejscu jakiejś społeczności rozpoznaje się zdrową pobożność nie po ilości obrazów religijnych, lecz po schludności, porządku, czystości, a przede wszystkim po wzajemnym szacunku osób tam mieszkających czy przebywających. W tym znaczeniu „pietas“ ma znaczenie ponadreligijne, ogólnoludzkie.

W tym znaczeniu należy można dostrzec także związek ze zdrowo pojętą ekologią. Wbrew potocznemu mniemaniu nie jest to wcale właściwe domena lewactwa. Lewactwo ją sobie jedynie przywłaszczyło, wykorzstując okoliczność, że katolicy w znacznej mierze zapomnieli o tej dziedzinie i ją w znacznym stopniu zaniedbali. Katolicyzm był zawsze we właściwym znaczeniu tego słowa ekologiczny, bo respektujący porządek stworzenia i samo stworzenie jako dar Boży. Agresywny podbój, wyzysk i exploatacja dla maxymalizacji zysku w znaczeniu nie potrzeb lecz gromadzenia kapitału – to są cechy charakterystyczne dla protestantyzmu (a wcześniej talmudyzmu), nie katolicyzmu. Nie jest więc przypadkiem, że kraje katolickie mają się gorzej w panującym obecnie systemie finansjersko-kapitalistycznym, gdzie nie realny produkt odpowiedni do realnych potrzeb stanowi podstawę i zasadę gospodarki, lecz przepływ pieniądza i spekulacje giełdowe.

2° Stosunek Kościoła do innych religij już powyżej został krótko naszkicowany. Jego główne składniki to: 1) prawdziwość 2) szacunek i przejęcie prawdziwych elementów naturalnej religijności.

Jest to szczególnie istotne w obecnej sytuacji naporu islamu. Napór ten zawsze miał miejsce, należy on do istoty tej podbojowo-militarnej religii. Nowa jest okoliczność, że 1) emisariusze islamscy żyją pośród ludności w krajach o tradycji chrześcijańskiej, oraz że 2) społeczeństwa chrześcijańskie są zarówno demograficznie jak też religijnie na skraju zapaści. Obecnie nie trzeba właściwie podboju militarnego Europy przez muzułmanów, gdyż ma miejsce podbój demograficzny, zarówno przez imigrację jak też przez wielodzietność rodzin muzułmańskich. Zachowanie naszych przywódców zarówno religijnych jak też świeckich sprowadza się z reguły do 1) negowania czy pomniejszania problemu, oraz 2) ugłaskiwania muzułmanów, wmawiając zarówno jak i nam, że islam to religia pokoju i że jesteśmy braćmi we wierze Abrahama. Jest to oczywiście mieszanka ignorancji i kłamstwa, aczkolwiek jest to linia konsekwentnie narzucana i egzekwowana zarówno medialnie jak też nawet legislacyjnie. Jeśli natomiast ktoś ma styczność z realnym islamem i zwykłymi muzułmanami, ten dostrzeże także, że ci ludzie, których przodkowie byli przecież dość często chrześcijanami (Turcja, Syria, Egipt) i jedynie pod brutalnym przymusem zostali muzułmanami, 1) mają respekt dla przekonanych, wierzących chrześcijan, 2) jeśli odrzucają i nienawidzą kulturę europejską, to odnosi się to przede wszystkim do zjawisk dekadenckich, zwłaszcza tych godzących w tożsamość kobiety i mężczyzny, oraz w rodzinę. Można wręcz powiedzieć, że wielu zwykłych muzułmanów zachowało więcej zdrowego rozsądku i kontaktu z prawem naturalnym niż wielu naszych polityków.

Prawa naturalnego nie da się oszukać. Nie da się też oszukać naturalnego dążenia człowieka do prawdy (nikt nie lubi być okłamywany, nawet jeśli sam jest kłamcą), tym samym także nie można stłumić czy zakazać pytania o prawdę religijną czyli o prawdziwą religię. Do czego prowadzą fałszywe mizdrzenia się, mogliśmy się wraz z całym światem przekonać w ostatnie Święto Zesłania Ducha Św., gdy zaproszony do ogrodów watykańskich mułła prosił Allaha o zwycięstwo nad nami. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że to właśnie katolicka liturgia tradycyjna pociąga i podoba się niechrześcijanom, którzy są religijni i szukają prawdziwego Boga. Oni też wprost stawiają pytania i oczekują jasnych, jednoznacznych odpowiedzi, a także klarownej deklaracji, czy Kościół jest prawdziwą religią czy nie, przynajmniej we własnym rozumieniu. Takowe spektakle międzyreligijne są bulwersujące i gorszące zwłaszcza dla tych, którzy znają islam czy inne fałszywe religie z własnego bolesnego doświadczenia.

3° Uniwersalność liturgii tradycyjnej Kościoła jest tak oczywista, że nie wymaga szerszego wyłożenia. Jest też oczywiste, że daleko idąca nacjonalizacja liturgii godzi w jedność Kościoła, gdyż nawet naocznie rozbija jedność wiary i modlitwy katolików. To nie liturgia tradycyjna wprowadza niezgodę, lecz uczynił to i nadal czyni Novus Ordo. Ma to zresztą miejsce nie tylko na płaszczyźnie międzynarodowej, lecz także nawet wewnątrz jednego kraju, a nawet w obrębie parafij. Obecnie celebracje także w jednej parafii tak bardzo zależą od indywidualnego stylu danego księdza (a nawet od jego nastroju), że trudno się dziwić wiernym, którzy wybierają sobie kościół czy Msze św. według sympatii czy antypatii dla któregoś z księży. Nie sposób uwierzyć, jakoby taka sytuacja nie była z góry zaprogramowana. Ludzie, którzy tworzyli Novus Ordo, nie tylko lekceważyli Tradycję Kościoła i majsterkowali według swego mniej czy bardziej przemyślanego widzimisię. Pozorny liberalizm przepisów NOM, które są często niejasne oraz zakładają daleko idącą dowolność i uznaniowość celebransa, wydaje nie tylko wiernych na pastwę swawoli celebransa, lecz pośrednio poddaje także celebransa dyktatowi jakiegoś mniej czy bardziej zgodnego z przepisami stylu czy to danej parafii czy proboszcza. Prawo liturgiczne NOM nie broni zwłaszcza kapłana, który pragnąłby celebrować w stylu choćby zbliżonym do liturgii tradycyjnej nawet w ramach NOM. Nie jest zapewne ironią historii, lecz zaplanowaną akcją, że w epoce globalizacji, gdy nie tylko elity, lecz także zwykli ludzie niebywale łatwo przemieszczają się i podróżują, wprowadzono do Kościoła nie tylko rozbicie językowe, lecz wręcz chaos liturgiczny oraz unarodowienie nie tylko liturgii, lecz także nawet wiary, która jest przecież w znacznej mierze kształtowana i wychowywana przez liturgię.

4° Kontemplacyjność. Każdemu, kto po raz pierwszy uczestniczy w liturgii tradycyjnej, szczególnie łatwo zauważyć ciszę podczas celebracji i to właśnie w momencie kulminacyjnym, podczas Kanonu. To jest wyzwanie zarówno dla ducha modlitwy jak też dla pokory wiernego, który oto nie tylko nie rozumie łaciny, lecz nawet słowa łacińskie są przed nim ukrywane w cichym odmawianiu przez kapłana. W ramach soborowizmu i posoborowizmu wmawiano nam tzw. czynne uczestnictwo i to rozumiane bardzo wąsko, mianowicie jako produkowanie się przynajmniej wokalne. Niektórzy idą jeszcze dalej, dochodząc chociażby do choreografii. Można i trzeba zapytać: a co z aktywnością duchową? czyżby ona się nie liczyła? Trzeba się niestety domyślać, że w takim zredukowaniu aktywności do czynności zewnętrznych te osoby wykazują właściwie swoją własną pustkę duchową. Tymczasem trend współczesności jest odwrotny: po optymistycznym aktywiźmie epoki pierwszych dziesięcioleci po II wojnie światowej, doszła w młodszym pokoleniu do głosu tendencja bardziej estetyczno-kontemplacyjna, oczywiście w bardzo szerokim sensie. Im bardziej przyśpiesza tempo pracy i przemian, tym bardziej pojawia się potrzeba i pragnienie wypoczynku, spokoju, ciszy. Dlatego właśnie jest moda na dalekie podróże w egzotyczne zakątki, a także na wellness, czyli doznania relaxujące, zupełnie różne od codziennego pośpiechu. W krajach wysoko uprzemysłowionych kwitnie wieloraka branża nie tylko wypoczynkowa, lecz także szeroko pojętej duchowości, także w nurcie fałszywej ideologii New Age czy ogólnie ezoteryki. Bardzo często opustoszałe pod względem właściwych mieszkańców klasztory zamieniają się czy zamieniane są na oazy ciszy, wypoczynku, szeroko rozumianej duchowości, niestety dość często nie mającej nic wspólnego ze chrześcijaństwem. Czyż nie wiąże się to z wyzbyciem się w liturgii katolickiej właśnie elementów ciszy, kontemplacji?

Oczywiście Msza św. nie jest medytacją, ani kapłana, ani wiernych. Wskazuje jednak i prowadzi do wewnętrznej modlitwy, modlitwy umysłu i serca, także zakładając ją z góry. Zapewne nie jest przypadkiem, że także ludzie wychowani od dziecka w religii katolickiej, pragnąc pogłębionego życia religijnego szukają je najczęściej poza Kościołem. Dzieje się tak z reguły wtedy, gdy ktoś nigdy nie zetknął się z liturgią tradycyjną. Można to zrozumieć, gdyż banalność, płycizna i niespójność teologiczna, mające miejsce regularnie w celebracjach Novus Ordo, muszą powodować zniechęcenie czy przynajmniej brak zainteresowania u wielu ludzi krytycznie myślących i wrażliwych estetycznie.

Wiąże się z tym także sprawa urządzenia i wystroju świątyń katolickich, także sprzętów i szat liturgicznych. Patrząc na te wizualne pomniki soborowizmu można jedynie popaść w zadumę, że w tak wrażliwym estetycznie niegdyś katolicyźmie czas zatrzymał się na epoce zachwytu betonem i stylem łupanym. Sztuka katolicka każdej epoki, czy to romańska, gotycka, barokowa, klasycystyczna, czy nawet neogotycka, są w stanie zachwycić i spodobać się ludziom każdej epoki. Nie trzeba być miłośnikiem danej epoki. Prawdziwe dzieła sztuki, także użytkowej, są w stanie podobać się niezależnie od epoki. Można z całą odpowiedzialnością stwierdzić: tak smasowanego kiczu, programowego prymitywizmu i brutalnego obrażania elementarnego zmysłu estetycznego nie było dotychczas w historii Kościoła, może nawet i ludzkości, pomijając oczywiście styl hitlerowski i komunistyczny. Najbardziej znanym przykładem jest chociażby słynna ferula Pawła VI (stosowana zresztą wyłącznie także przez Jana Pawła II). Widocznie ludzie Kościoła poddali się dyktatowi rzekomej nowoczesności, czy raczej czemuś, co ktoś odgórnie ustanowił czy chciał ustanowić jako nowoczesne, także w Kościele.

Sprawa dotyczy niemniej dziedziny akustyki, czyli muzyki. Także tutaj dokonała się rewolucja kulturowa, brzemienna w skutkach. Wbrew nawet dokumentom soborowizmu  (jak chociażby konstytucja o liturgii Sacrosanctum Concilium) praktycznie zaniknęła właściwa muzyka kościelna, czyli śpiew gregoriański. Od lat siedemdziesiątych słuchało się w kościołach praktycznie tylko pieśni z pobożności ludowej. Stopniowo doszły piosenki tzw. oazowe i tzw. charyzmatyczne. Różnią się one bardzo od tych pierwszych właściwie pod każdym względem. We większości parafij współistnieją one, mniej czy bardziej harmonijnie. Te ostatnie, czyli oazowo-charyzmatyczne, stały się w międzyczasie przestarzałe. Twórczość pod tym względem właściwie ustała, aczkolwiek pojawiają się już próby przeszczepiania stylu techno i rapp. Nie jest tutaj najistotniejsze pytanie, jak to pogodzić zarówno z przepisami, jak też przede wszystkim z duchem liturgii czyli społecznej modlitwy. Konsekwentnie należałoby zalegalizować także wszelkie odmiany rocka, bluesy, jazzu itd. Jeśli Watykan tego nie robi, to jest znowu uważany za strasznie konserwatywny, aczkolwiek pozwala się przynajmniej trochę wyszaleć na tzw. dniach młodzieży, które zresztą odbywają się jednak dość rzadko. Czyżby nie zależało nikomu na tym, by miłośnicy takich stylów chodzili częściej do kościoła? Ano są w niektórych miastach tzw. kościoły młodych. Są to budynki kościelne (np. w Kolonii i Wiedniu), przeznaczone na tzw. mszy młodzieżowe, odpowiednio urządzone, tzn. ze sceną, dużymi głośnikami, aparaturą do efektów świetlnych jak na dyskotece, a za to bez ławek. Z reguły tam się wcale nie klęczy. Rzeczywistość jest taka, że także te kościoły wcale nie przyciągają mas młodzieży, lecz pozostają hobby jakiejś bardzo wąskiej grupy podstarzałych czy rychło starzejących się „specjalistów“, uważających, że znają potrzeby i zainteresowania młodzieży, podczas gdy są to właściwie potrzeby i zainteresowania ich własnej młodości. Natomiast czas i młodość nieubłaganie przemijają…

Pogoń za galopującymi coraz szybciej trendami mody jednak nie rozwiązuje problemu, mianowicie dysonansu nie tylko muzycznego, lecz także pokoleniowego. Dysonans muzyczno-pokoleniowy będzie istniał, dopóki będą w liturgii style danej epoki czy pokolenia. Ktoś, kto lubi rocka, raczej nie będzie lubiał pieśni ze śpiewnika x. Siedleckiego i odwrotnie. Podobnie jest z piosenkami oazowo-charyzmacznymi, jako że one także należą do stylu tylko pewnych grup i pewnego pokolenia. Odważę się postawić tezę, że jedną z głównych przyczyn oddalania się młodzieży od Kościoła jest właśnie zgrzyt stylowy i estetyczny. Żeby to zauważyć, trzeba nabrać dystansu do stylu, w którym się wyrosło. Jest obecnie tak wiele narzekania rodziców, dziadków i księży na to, że także Kościół w Polsce traci młodzież. Brakuje natomiast szczerej i trzeźwej refleksji nad przyczynami. Moim skromnym zdaniem, przyczyny należy szukać przede wszystkim w tym, co najbardziej codzienne w Kościele, mianowicie w liturgii. Nie twierdzę, jakoby brakowało starań ze strony zarówno rodziców jak też duszpasterzy. Starania są, nawet bardzo gorliwe. Wychodzą one jednak najczęściej z założenia, jakoby młodzież pragnęła i szukała w Kościele tego, co ma już gdzie indziej. Jest to banalnie błędne założenie. Młodzież nie potrzebuje ani dyskoteki w kościele, ani nie przejmie chętnie stylu swoich rodziców także w pieśniach kościelnych. Jedyny rozwiązaniem jest to, co ponadczasowe, prawdziwa muzyka kościelna, która przez wieki łączyła pokolenia, bo jest ponadpokoleniowa, i nadal może i będzie łączyć.

W tym miejscu pozwolę sobie na krótką historyjkę z ostatnich miesięcy. Będąc w podróży samochodem, zabrałem ze sobą autostopowicza. Wyglądał na studenta i nim rzeczywiście był. Sam nawiązał rozmowę, mimo tego, że rozpoznał mnie jako księdza. Powiedział, że jest nieochrzczony, aczkolwiek chodził na lekcje religii w szkole. Rozmawialiśmy o religii, Bogu i świecie. W trakcie rozmowy powiedział że przez prawie 10 lat jeździł na przystanek Woodstock, aż sam doszedł do wniosku, że to ułuda i oszustwo. Zastanowiłem się wtedy, czy i co Kościół robi, żeby pomóc ludziom dla takiego rozpoznania. Nie wiem. Wiem natomiast, że nastąpiła i chyba nadal postępuje owsiakizacja Polski.

Mam na myśli nie tylko wulgaryzację słownictwa w przestrzeni publicznej. Jest następująca ważna sprawa: mnożą się imprezy, przez które mieszkańcy są terroryzowani akustycznie i to zarówno w dzień jak i w nocy. Najgorsze jest to, że mieszkańcy się z tym godzą. A ci, którym się to nie podoba, uważają, że nic mogą zrobić i się poddają. Powtarzam: chodzi o terroryzm akustyczny trwający godzinami i dniami, w dzień i w nocy. Naiwni dobroduszni mówią: niech się młodzież bawi. Oczywiście każdy normalny człowiek lubi młodzież i nie odmawia jej zabawy. Na tym polega perfidia tego procesu owsiakizacji Polski. Tego typu imprezy są w normalnych cywilizowanych krajach nie tylko niedopuszczalne, lecz wręcz nie do pomyślenia w terenach mieszkalnych. Oczywiście, każdy ma prawo bawić się, jak mu się podoba, o ile nie godzi to w prawa innych. Czym innym jest zmuszanie innych np. do słuchania czegoś, co mu się nie podoba lub czego nie chce słuchać, zwłaszcza będąc w swoim własnym domu. To jest elemetarna zasada współżycia w społeczeństwie cywilizowanym. Zaś podłoże sprawy jest dość oczywiste: owsiaczyzm to jest atak na młodzież, zmierzający do dyktowania jej rzekomej młodzieżowości, jeśli nie w stylu akustycznym, to przynajmniej odnośnie zasady „róbta co chceta“, czyli my mamy prawo robić to, na co mamy ochotę, nie licząc się z innymi. Tak hodowane są patologie społeczne i tyrani mniejsi czy więksi. Sprzeciwu czy przeciwdziałania z strony Kościoła nie widzę. Co zresztą nie trudno zrozumieć, skoro huczne imprezy z megagłośnikami nie są rzadkością nawet w kościołach…

 

x. Dr Dariusz Olewiński

 

Poprzednie części wykładu można przeczytać tutaj.

Msza po dawnemu...

Tradycja zanegowana

Dekalog

Mszalik

Mity i prawda

Zamów Nova et Vetera

Nasze rekolekcje

rekolekcje

Libri Selecti

Libri Selecti

Summa liturgiae

O nas

Czas na przywrócić prawdziwego ducha łacińskiej cywilizacji i polskości! Koniec bierności, czas zatrzymać i odeprzeć wrogów Kościoła, cywilizacji i polskości! Czas się podnieść i wyjść odważnie naprzeciw wrogom…
Czytaj dalej >>>

Potrzebujemy pomocy



Newsletter

Po zapisaniu się do Newslettera otrzymasz od nas 3 prezenty:
1) 15 tekstów liturgicznych, modlitw i pieśni (łac. i pol.)
2) encyklikę Piusa X "Pascendi dominici gregis"
3) encyklikę Benedykta XVI "Deus caritas est".

Czytelnia

Wyszukaj na stronie

Newsletter

To co najważniejsze prześlemy na Twój e-mail!